Zwykle gdy piszemy o wydarzeniach, które mają miejsce w Krakowie,
staramy się na nich być. Niestety, tym razem mimo szczerych chęci, nie udało nam się. Sobotnie oczekiwanie na koncert Dick 4 Dick było jednym z najbardziej uwłaczających oczekiwań przez jakie dane nam było przejść. Już chyba lepiej czekać na swoją kolejkę u dentysty, niż na „gwiazdki” które nie znają słowa „punktualność”

Na nic zdała się zamówiona przez ekipę przeplot taksówka – wszystko po to by nie spóźnić się na koncert. Na nic zdały się nasze najdroższe, najbardziej wylansowane ciuchy, wyciągnięte z szafy z naklejką „tylko specjalne okazję”. Kiedy dotarliśmy do klubu Mish Mash i weszliśmy do środka, w naszych oczach zagościł strach, w sercach niepokój, a jak szybko się okazało, z twarzy spłynął nawet najdroższy fluid.

Po zapłaceniu za szatnię, można było poczekać w ciasnej salce, w której unosił się „zapach” potu i wilgoci. Na wielu twarzach dało się dostrzec znużenie i zmęczenie, mimo wczesnej pory (22.00).
Stojąc stłoczeni jak sardynki w ciasnym pomieszczeniu przez 45 minut, oczekiwaliśmy na muzyków. Kiedy już doszliśmy do wniosku że prędzej doczekamy się aż ktoś zemdleje, niż usłyszymy „gwiazdy” wieczoru, postanowiliśmy opuścić lokal.

Być może ktoś z was dotrzymał do samego koncertu, mamy nadzieję że wypowiecie się w komentarzach i opowiecie nam jak było.


zdjęcie: Piotr Sikora